mail do gebirtiga

dokument muzyczny jidysz, 60 MIN   film w produkcji

Polska  2015

Reżyseria: Uwe i Gabriela von Seltmann

Zdjęcia i montaż: Marek Gajczak

Producent: Aneta Zagórska, Uwe von Seltmann

Produkcja: Stowarzyszenie Film Kraków

Producent wykonawczy: Barton Film

 

<

Wyobraźmy sobie, że Mordechaj Gebirtig (1877–1942), poeta i pieśniarz jidyszowy, odwiedza dziś krakowską dzielnicę żydowską Kazimierz, gdzie spędził prawie całe swoje życie. Byłby dalece zdziwiony: budynki te same, tylko ludzie inni. Coś tam jest napisane na banerze o „budowaniu żydowskiej przyszłości dla Krakowa”, ale Żydów jakoś nie widać, no chyba że prosto z wycieczki do Auschwitz. Dla niektórych turystów Kazimierz to „żydowski Disneyland”. A dla kogo jest – domem? Poprosiliśmy artystów z zagranicy i mieszkańców Krakowa mówiących w jidysz – żeby „pokazali Gebirtigowi” swój Kazimierz, taki, jaki naprawdę jest. Śpiewają i tańczą w hołdzie dla Gebirtiga, dzielą się tym, co myślą i czują, mówią o tym, jak dziś jest – wysyłają „zbiorowe przesłanie do Gebirtiga”. Muzyka i teksty w języku jidysz będą istotnym, często pojawiającym się elementem tego filmu.

 

gatunek: dokument kreacyjny, dokument muzyczny jidysz

język: jidysz (z napisami po polsku i po angielsku)

miejsce: Kazimierz, żydowska dzielnica Krakowa

muzyka: piosenki Mordechaja Gebirtiga w wykonaniu artystów jidyszowych

narracja: obserwacja uczestnicząca, found footage, materiały archiwalne, zapisy wykonań muzycznych, koncerty, wywiady

 

Artyści jidyszowi biorący udział w filmie:

Michael Alpert (Stany Zjednoczone) opowiada, czemu od dwudziestu lat odwiedza miasto rodzinne Gebirtiga,

Asya Fruman (Ukraina), śpiewa w Żydowskim Muzeum Galicja,

Alex Jakobowitz (Niemcy, Izrael) gra melodie Gebirtiga na marimbafonie u wejścia do synagogi Remu,

dr Agnieszka Legutko (Kraków, Nowy Jork) i Anna Rozenfeld (Warsaw) oprowadzają nas po mało znanych zakątkach Kazimierza,

Shura Lipovsky (Holandia) śpiewa „vign lid” i opowiada o olbrzymim wpływie Gebirtiga na artystów jidyszowych z całego świata,

kantor Benzion Miller (Stany Zjednoczone) i Menachem Bristowsky (Izrael) śpiewają pieśni chasydzkie i rozmawiają w przedwojennej, galicyjskiej odmianie jidysz,

Duvid Singer (Stany Zjednoczone) opowiada o tym, jak ważne jest, aby Żydzi odwiedzali Kraków i całą Polskę,

Steve Weintraub i Deborah Strauss (oboje ze Stanów Zjednoczonych) wykonują specjalny taniec na cześć Gebirtiga,

Jeff Warschauer (Stany Zjednoczone) śpiewa na ulicy Warschauera piosenkę Gebirtiga “Huljet, huljet Kinderlech”.

 

 

Jidysz

Jidysz to część, uwaga, polskiej tradycji. Język z około tysiącletnią historią, potomek języka średnio-wysoko-niemieckiego, wzbogacony wpływami hebrajskimi i słowiańskimi, zapisywany w alfabecie hebrajskim. Przed Zagładą jidysz był szeroko znany i miał charakter międzypaństwowy. Mówiło nim około dwanaście milionów ludzi od Antwerpii do Zamościa, od Berlina do Buenos Aires, od Czerniowic do Wilna. Był to podstawowy język komunikacji we wspólnocie kulturowej Żydów. A potem przyszli naziści i resztę znamy. Dziś w Europie tylko dla garstki ludzi jidysz to język ojczysty (lub, jak mówią sami, „matczyny”). Matecznikiem tej mowy są dziś Stany Zjednoczone i Izrael, gdzie posługuje się nim na co dzień około milion potomków Żydów ze wschodniej Europy. Jidysz zatem, wbrew pozorom, nie jest językiem martwym ani też wymierającym – ta mowa ma przyszłość, bo ma młodych ludzi, którzy chcą znać „dawny język”, bo to dla nich „trendy”. Nie cofniemy historii, ale może nie trzeba: jidysz będzie żył i właśnie w tym języku będzie można oddawać hołd tym, którzy sami już mówić nie mogą.

„To jest język cichej mądrości, idiom ludzkiego strachu i nadziei” (z mowy noblowskiej Izaaka Baszewisa Singera) – i dlatego przetrwa.

 

Mordechaj Gebirtig

Poeta i pieśniarz polski tworzący w jidysz, urodzony w 1877 roku na Kazimierzu, zabity przez Niemców w krakowskim getcie 4 czerwca 1942 roku.

Zarabiał jako stolarz, karierę artysty zaczął na początku XX wieku jako aktor w amatorskiej trupie teatralnej w Krakowie. Podczas pierwszej wojny światowej służył w armii austro-węgierskiej jako sanitariusz oddelegowany do szpitala wojskowego w Krakowie. W 1920 wyszedł w Krakowie pierwszy zbiór jego wierszy i piosenek. Szybko stał się sławny, a jego piosenki popularne. Śpiewali je różni wykonawcy w Polsce, a nawet w Stanach Zjednoczonych. Należał do Żydowskiego Związku Robotniczego i widział siebie jako „pieśniarza zmartwień i nędzy” (“zinger fun noyt”).

Gebirtig mieszkał w Krakowie ze swoją rodziną do roku 1940 i nie przestawał pisać piosenek, w których dawał wyraz „ciemnym czasom”, choć nigdy nie tracił nadziei. W październiku 1940 przesiedlono jego rodzinę do Łagiewnik, wtedy podkrakowską wioskę. Tam pisał i słabł na zdrowiu.

Największy hit Gebirtiga, „S’brent, undzer sztetl brent” („Pali się, nasze miasto pali się”) – tekst, jak się okazało, profetyczny – był na ustach partyzantów w czasie powstania w getcie. “Es brent” i inne piosenki, takie jak “Kinder-jorn”, “Arbetloze-marsz” lub „Blajb gezunt mir, Kroke”, były mocniejsze od piekła Zagłady i śpiewa się je do dziś.

Twórczość Gebirtiga ożyła w 1992 roku na scenie Państwowego Teatru Żydowskiego w Warszawie (spektakl „Der trubadur fun Galitsye”, „Trubadur z Galicji”, w reżyserii Gołdy Tencer), jak również doczekała się pięknego wydania w tłumaczeniu Jacka Cygana – a mimo to Gebirtig to postać dziś w Polsce mało znana.

 

Kazimierz

Kraków od wieków jest ważnym ośrodkiem kultury żydowskiej, w tym kultury jidysz. Przed II wojną światową mieszkało tu 65 tysięcy Żydów, skupionych głównie na Kazimierzu. Wspólne dzieje Polaków i Żydów trwały prawie tysiąc lat. Polska po hebrajsku to „Po-lin”, czyli „tu jest nasze miejsce”. Żydzi wyrzucani z Europy zachodniej trafiali do Polski – i tak od XII wieku. Aż zachodni sąsiad się o nich upomniał i od 1939 do 1945 zamordował ponad trzy miliony Żydów polskich. Razem z nimi zniknął z Polski jidysz.

Kazimierz to jedna z pereł Europy. Miejsce jest magiczne i działa jak magnes na artystów, turystów, snobów i ludzi w ogóle – coś jak Soho w Anglii lub Montmartre we Francji. Czyli mamy tu muzea z samymi skarbami, witryny modowe oraz artystyczne, handlarzy kiczu, stylowe miejsca dla klasy średniej i targ na ulicy. Do tego siedem synagog, cmentarz wyznaniowy żydowski (jeden z najstarszych w Europie), koszerne restauracje z „gefilte fisz” w karcie i kapele klezmerskie krążące po dzielnicy z „Baj mir bistu szejn”. Kazimierz nazywa się jak jego fundator, polski król Kazimierz Wielki. Trafisz tu i na mistykę, i na ślady tragedii.

Po wojnie zrobił się z dzielnicy „śmietnik”: miejsce dobre dla bezpańskich psów, kryminalistów, pijaków, prostytutek i innych postaci, których w państwie realnego socjalizmu oficjalnie „nie ma”. Budynki stały – i tyle się zachowało sprzed wojny. Nic nie powinno było przypominać o żydowskiej przeszłości tego miejsca.

Ale pod koniec lat 80. Kazimierz zaczął wychodzić na prostą: powstał Festiwal Kultury Żydowskiej (1988), Steven Spielberg nakręcił tu „Listę Schindlera” (1993) i otworzyły się modne dziś knajpy, tak jak Café Singer. Minęło dwadzieścia lat i mamy tu „wszystko”. „Żydowski Woodstock” (czyli koncert finałowy FKŻ), Noc Synagog i tysiące gości odwiedzających ten, mówiąc złośliwie, „żydowski Disneyland”.

 

UvS, Kroke, 10.07.2014

Eksplikacja reżyserska

W Krakowie byłem pierwszy raz w 1989 roku i powiedziano mi wtedy, że na Kazimierz, dzielnicę wówczas pożydowską (dziś znów, po prostu, żydowską), się nie wchodzi, albowiem „można nie wrócić”. Powojenny Kazimierz wyglądał okropnie: miejsce dobre dla bezpańskich psów,  kryminalistów, pijaków, prostytutek i innych postaci, których w państwie realnego socjalizmu oficjalnie „nie ma”. Budynki stały – i tyle się zachowało sprzed wojny. Nic nie powinno było przypominać o żydowskiej przeszłości tego miejsca.

Oczywiście tym bardziej tam poszedłem. Chciałem to zobaczyć, tam się urodził mój ulubiony pisarz języka jidysz, Mordechaj Gebirtig (ur. 1877, zabity przez Niemców w czerwcu 1942). Nic nie wyszło z tego oglądania, bo i kto by miał mnie oprowadzić. O Gebirtigu nikt z żywych nie słyszał. Ale dzielnica mnie nie zniechęciła, można nawet powiedzieć, że „złapałem bakcyla”. Odtąd wpadałem tam czasem – jako pisarz i dziennikarz, zdający sprawę z odrodzenia Kazimierza, piszący o Festiwalu Kultury Żydowskiej, o wpływie „Listy Schindlera” i o „kazimierzanach” w typie Leopolda Kozłowskiego-Kleinmana, „ostatniego klezmera Galicji”. W 2007 roku uznałem, że czas się sprowadzić, żeby tę niełatwą magię – i życie, i śmierć, i tragedię, i mistykę – mieć na co dzień w domu i w drodze po bułki. Mieszkam niedaleko kamienicy, gdzie za dnia Gebirtig miał zakład stolarski, a „gabinet artysty” w nocy.

Mową ojczystą Gebirtiga był jidysz, język wtedy na dzielnicy wspólny, artystyczne tworzywo „dyżurnego pieśniarza” z Kazimierza. „Ten język cichej mądrości, idiom ludzkiego strachu i nadziei” (z mowy noblowskiej Izaaka Baszewisa Singera) – interesował mnie od dzieciństwa. Miałem to szczęście, że w Galicji i Bukowinie byli ludzie chętni i przygotowani, ażeby mnie uczyć. Chciałem czytać Gebirtiga w oryginale.

W filmie „Mail do Gebirtiga” ja i moja żona Gabi chcemy opowiedzieć Gebirtigowi o tym, co tam na Kazimierzu dzisiaj: czy jest miło, czy niemiło, kto tu bywa (czy tylko turyści, artyści i inni próżniacy), czemu jest tu modnie bywać, jak się mają synagogi, których jest tu siedem, co ze starym cmentarzem przy Remu. Zabudowa jest, jak była, a ludzie są nowi – i nowe jest życie. Coś tam jest na murze o „budowaniu żydowskiej przyszłości dla Krakowa”, ale Żydów jakoś nie widać, no chyba że prosto z wycieczki do Auschwitz. Dla turystów Kazimierz to „żydowski Disneyland”. A dla kogo jest – domem?

Namówiliśmy artystów światowej sławy, żeby podzielili się swoją sztuką przed kamerą, żeby pomogli uświetnić i uwiecznić spuściznę Gebirtiga i jego „żydowski język” (jak na jidysz mówiono przed wojną). Zaprosiliśmy młodych i starszych krakowian posługujących się tą mową. Wniosek: jidysz jest żywy, jidysz jest skarbem, jidysz jest kulturą i niech świat się o tym dowie.

 

UvS, Kroke, 10.07.2014